Kolej na Podróż

Jak komercja niszczy blogi podróżnicze

Co jakiś czas przeglądam sobie blogi podróżnicze w poszukiwaniu ciekawych relacji z podróży koleją. Od czasu, kiedy rozpoczynałem prowadzenie witryny „Świat Podróży  Kolejowych” i tego bloga, w branży turystycznej oraz w blogosferze podróżniczej wiele się zmieniło. Trochę na lepsze, trochę na gorsze. Blogi podróżnicze zostały dostrzeżone przez media, przewoźników, a także przez organizacje turystyczne. Blogerzy pracują profesjonalnie. Część prowadzi blogi nieregularnie, część uzupełnia wpisy na blogach lub Facebooku niemal codziennie. Wiele blogów współpracuje z poważnymi partnerami. Wszystko ma jednak swoje złe strony. Im bardziej wgłębiam się w artykuły, tym bardziej rozczarowuje mnie blogosfera podróżnicza.

Swego czasu na stronie „Turcja w sandałach” pojawił się podobny artykuł, mój jest tylko rozszerzeniem obserwacji autorki.

Zobacz również:
Jak wypromować blog i odnieść sukces?
Jak zarobić na blogu podróżniczym?

JESTEŚMY POTĘGĄ, JEŚLI CHODZI O BLOGOSFERĘ PODRÓŻNICZĄ

Polacy prowadzą mnóstwo blogów podróżniczych, co wyróżnia nas na tle innych krajów. Niestety, ilość często nie idzie w parze z jakością. Są blogi inspirujące, odkrywcze, ale zdecydowana większość to blogi będące kopią tych najbardziej znanych, nastawione wyłącznie na natychmiastowy sukces. Mało tego, znajdzie się sporo blogów przepisujących z Wikipedii i z innych blogów. Jak zaobserwowałem, każdego miesiąca powstają dziesiątki, jeśli nie setki blogów podróżniczych, czy stron na Facebooku. Przy tym tematyka wielu blogów podróżniczych pokrywa się – selfie, przechwałki, kto ile zaoszczędził, te same metropolie – nic nowego.

Tak naprawdę regularnie czytam tylko kilka ze znanych blogów. Czasami znajdę ciekawy, mało znany blog, którego autor nigdy nie będzie miał szans zaistnieć. Dlaczego? O tym za chwilę.

WSPÓŁPRACA Z ORGANIZACJAMI TURYSTYCZNYMI I INNYMI FIRMAMI

Współpraca z organizacjami turystycznymi, przewoźnikami i innymi instytucjami to z jednej strony bardzo dobry pomysł.  Blogerowi daje możliwość np. bezpłatnych przejazdów, bezpłatnego zwiedzania, zdobycia interesujących materiałów do artykułów. Bez tego blog podróżniczy nie będzie mógł się rozwijać. Jak wszystko – ma to również wady. Organizacje turystyczne interesuje tylko to, jaki zysk lub ruch może wytworzyć konkretny artykuł konkretnego blogera. Nie ma tu więc pola do popisu dla kreatywnych, wszystko musi być robione według z góry ustalonego programu.

Częścią współpracy są podróże studyjne (czyli inaczej mówiąc podróże sponsorowane). Partner zapewnia transport, wyżywienie, zakwaterowanie i atrakcje.  Zaleta – organizacja turystyczna może wypromować region. Wada – blogerzy prowadzeni są jak na smyczy. Oglądają tylko to, co pokaże partner, piszą tylko to, co partner chce, żeby napisali. W tym miejscu kończy się pasja, która była jednym z powodów założenia bloga podróżniczego.  Później na ośmiu lub dziesięciu blogach czytamy właściwie to samo, oglądamy takie same zdjęcia, wszystko pięknie, ale czy taka idea przyświecała założeniu bloga?

Nietrudno się domyślić, że bloger powinien pozytywnie opisać miejsca zwiedzone podczas podróży sponsorowanej. Nikt o tym głośno nie powie, ale jeżeli opisze negatywnie, to raczej nie będzie szans na współpracę w przyszłości. Oczywiście, nie ma nic złego w pięknych opisach pięknych miejsc. Gorzej, jeżeli ktoś przesadza z wychwalaniem pod niebiosa albo jest nie w porządku wobec czytelników. Mnie osobiście denerwują sytuacje, kiedy ktoś, kto spędza w jakimś miejscu kilka dni za własne pieniądze, pisze później o rozczarowaniu miejscem, a po drugiej podróży – finansowanej przez organizację turystyczną – gorąco poleca wszystkim zwiedzone miasto, staje się ono jednym z jego ulubionych miast, czy nawet najpiękniejszym miastem na świecie. Na polskich blogach podróżniczych coraz częściej obserwuję taką sytuację - kto zapłaci, tego pochwalę.

Niektórzy, na szczęście dość rzadko, popadają w skrajności. Inna sprawa to proponowane warunki współpracy firm – zareklamowanie produktu za voucher na pizzę lub zestaw gadżetów normalnie dostępnych za darmo to chyba nie jest powód do dumy dla blogera i ogłaszania tego w zakładce „współpraca”.

WYŚCIG O FANÓW NA FACEBOOKU

Najważniejszym kryterium przy wyborze potencjalnego partnera wśród blogerów jest liczba fanów na jego fanpage’u. Jeżeli nie dobijecie do tysiąca, nie macie co marzyć o współpracy. Blogerzy wypromowani przez media również nie muszą się martwić. Inni dwoją się i troją, aby zdobyć fanów. To robi się nudne. Nachalne reklamowanie bloga wszędzie, gdzie się tylko da, mnie osobiście zniechęca do lektury, lecz prawdopodobnie jest skuteczne. W blogosferze podróżniczej tworzą się grupki podobne do Towarzystwa Wzajemnej Adoracji – co popularniejsi blogerzy reklamują się nawzajem, zachęcając do polubienia profilów, nawzajem komentują artykuły, tworząc sztuczny ruch.

Tak naprawdę blogi podróżnicze mają bardzo mały potencjał. Gdybyście przejrzeli statystyki na Facebooku, to większość z początku ma mnóstwo fanów. Liczba fanów rośnie bardzo powoli, gwałtowny wzrost jest widoczny jedynie kiedy media zareklamują blog. W czym tkwi sekret dużej liczby fanów tuż po założeniu bloga? W znajomości. Większość fanów nowo powstałych blogów podróżniczych to znajomi autora. Jeśli blog prowadzi dwoje autorów, to więcej znajomych, a tym samym więcej fanów. I być może więcej polubień, o które tak zabiegają potencjalni partnerzy. To nic nowego – kiedy nie było blogów, był marketing szeptany lub ktoś popularny reklamował za pieniądze jakiś produkt wśród znajomych. Wbrew pozorom liczba czytelników nie przekłada się na liczbę  fanów.

Są tacy, którzy kupują sobie fanów. Dosłownie, można to zrobić na Allegro.

Wyścig o fanów ma bardzo dużą wadę – aby zdobyć czytelników i fanów, blogerzy opisują najmodniejsze miejsca, a każdy taki wpis lub post to sporo polubień. O małych, mało znanych miasteczkach nikt nie napisze – jak kiedyś pisałem – jeżeli opiszecie Berlin, który opisały chyba wszystkie liczące się blogi podróżnicze, dostaniecie mnóstwo „lajków”, jeżeli taki np. Kluczbork – nikogo to nie będzie interesowało. Nie będzie polubień, nie będzie też fanów, a tym samym nie będzie szans na podjęcie współpracy, przez co blog nie będzie się rozwijał. I koło się zamyka.

Jeszcze gorszy jest wyścig o kliknięcia lub wyświetlenia, szczególnie widoczny na wielu portalach podróżniczych. Bezwartościowe artykuły, slajdowiska, sensacyjne tytuły, przedruki z zagranicznych portali. Wszystko po to, aby statystyki się zgadzały.

POZERSTWO I NAŚLADOWNICTWO

Co mnie bardziej boli, to kopiowanie na potęgę zachodnich wzorców, według różnych poradników mających stanowić klucz do sukcesu. Dziecinne selfie, głupie miny, czy artykuły według jednego schematu. Furorę robią artykuły typu „10 powodów, aby nie pojechać do [nazwa kraju lub regionu]”, przy czym te 10 powodów to tak naprawdę zalety kraju. I choć takich wpisów powstało mnóstwo, czytelnicy i media nadal się nimi zachwycają. Jako pierwsza kilka lat temu taki artykuł opublikowała Polka podróżująca po Chinach – jakiś portal przyznał jej za to tytuł „tekst roku”.

Niestety, niewielu czytelników zdaje sobie sprawę, że najpopularniejsze inicjatywy w mediach typu „wybieram kierunek podróży w zależności od wyniku rzutu kostką”, to tak  naprawdę kopie inicjatyw podpatrzonych na zagranicznych blogach i w programach telewizyjnych. Pomimo to wywołują zachwyt, a internauci podziwiają geniusz blogera.

Wiadomo, czasami trzeba podpatrywać innych, ale takie bezmyślne naśladownictwo nie przekonuje mnie.

Jednak w dzisiejszych czasach to właśnie taka moda panuje wśród internautów. Przerażają mnie na przykład idole nastolatków na You Tube i wiem, że to nie mój świat.

Świat blogosfery podróżniczej wprawdzie nie przeraża, ale jest coraz gorzej.

POLSKIE BLOGI TO NIE TYLKO WADY

Różnorodność i duża liczba polskich blogów podróżniczych to mimo wszystko zaleta. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Jedni lubią tanie podróże, inni darmowe podróże na cudzy koszt, kolejni podróżowanie z psami, podróże dookoła świata, wędrówki po górach, podróże rowerem, a nieliczni koleją. Blogerzy opisują praktycznie wszystkie sposoby podróżowania, chyba wszystkie kraje, ale szansę na rozwój mają tylko nieliczni.

Przyznaję, że po lekturze komercyjnych blogów podróżniczych dowiedziałem się o kilku ciekawych miejscach w Polsce, w jednym przypadku nawet dzięki podróży sponsorowanej dla blogerów. Ale dużo więcej informacji zyskałem z blogów pasjonatów, o których nie przeczytacie w mediach, a o ich autorach pewnie mało kto w blogosferze podróżniczej słyszał.

CZY MOŻNA UNIKNĄĆ KOMERCJI?

Można, jeżeli jesteście młodzi, macie pieniądze, dużo zdrowia i dużo wolnego czasu. Tak samo, jeżeli macie bogatego małżonka, dobrze płatną zdalną pracę lub przychylnego pracodawcę. Jednak w praktyce bardzo trudno pogodzić podróżowanie z pracą – na przykład jeżeli ktoś haruje po 8 godzin dziennie, dojeżdża do pracy godzinę lub dwie w jedną stronę, a na dodatek nie mieszka w Warszawie. Wtedy trzeba pożegnać się z blogowaniem. Owszem, pozostają weekendy, ale nie zdążycie wtedy zbyt wiele zwiedzić, a tym samym przygotować porządnych artykułów. Co innego, kiedy macie elastyczny czas pracy, pracodawca pozwoli wziąć dni wolne za nadgodziny, a praca nie jest zbyt stresująca i jednocześnie dobrze płatna. Niektórzy łączą podróż z pracą w podróży, wolontariatem itp. To przywilej młodych.

W praktyce pogodzenie pracy z blogowaniem jest niezwykle trudne, a często niemożliwe. Wbrew pozorom przygotowanie wpisów, zdjęć, wyszukiwanie informacji, prowadzenie fanpage’a na Facebooku wymagają czasu i wysiłku. Jeżeli blog jest uzupełniany od czasu do czasu, to pół biedy, natomiast regularna publikacja autorskich materiałów pochłania naprawdę sporo czasu. Dodatkowy czas to wyjazdy, podróże wymagają pieniędzy – nawet przygotowanie do wyjazdu wymaga czasu. Pieniądze są też potrzebne na opłacenie serwera, ubezpieczeń, inwestycje w  sprzęt itp. Internauci często denerwują się, kiedy słyszą, że autor bloga chce na nim zarabiać, tzn. zarabiać na reklamach, współpracować z firmami itp. W pewnym momencie to nieuchronne i nie powinno dziwić, tym bardziej, gdy treści publikowane na blogu nadal są dostępne nieodpłatnie.

Blogerzy powinni jednak pamiętać, że współpraca z innymi podmiotami powinna odbywać się tak, aby nie oszukiwać czytelników. Przynajmniej kilkanaście bardzo dobrych znanych mi blogów podróżniczych straciło swoją autentyczność, pasję i styl po tym, jak autorzy zaczęli masowo jeździć na podróże sponsorowane albo stali się znani.

Irytuje mnie ta cała otoczka medialna, jakieś rankingi najbardziej wpływowych blogów, pisanie artykułów na zamówienie, wyścig szczurów. To nie ma nic wspólnego z dzieleniem się pasją z czytelnikami, odkrywaniem na nowo interesujących miejsc. Z niepokojem obserwuję bulwaryzację blogosfery podróżniczej i wygląda na to, że za jakiś czas blogi podróżnicze będą tylko wspomnieniem, krótkotrwałą modą, która szybko przeminęła.

MÓJ BLOG W PRZYSZŁOŚCI

Napisałem ten artykuł, ponieważ trudno mi odnaleźć sens prowadzenia bloga. Wiadomo, człowiek też chciałby poprawić swoją pozycję na rynku pracy, pokazać się, być może w przyszłości nawiązać jakąś współpracę, zrealizować któryś z projektów. W praktyce wszystko wygląda inaczej – wszyscy patrzą na blogera przez pryzmat ilości pieniędzy, które  współpraca z nim powinna przynieść. Zakładając portal „Świat Podróży Kolejowych” i ten blog chciałem przede wszystkim opisywać mniej znane, ładne miejsca, niezbyt  popularne wśród turystów. A takie rzeczy nie sprzedają się. Z miesiąca na miesiąc internet robi się coraz większym śmietniskiem, jest przesyt informacji, coraz  trudniej oddzielić ziarno od plew. Trochę denerwuje, kiedy napisze się jakiś artykuł, a później inni to przepisują, zmieniając tylko nieznacznie część słów bez podania  źródła – w internecie wszyscy od wszystkich odpisują.

Blog „Kolej na Podróż” pozostanie blogiem podróżniczo-kolejowym i nie straci swojego stylu. Polska blogosfera podróżnicza to nie mój świat. Postaram się nie wpadać w pułapki czyhające  na blogerów. Co do współpracy z podmiotami zewnętrznymi – wątpię, czy jest na to szansa. Za mało fanów. Poza tym tradycyjne podróże studyjne w moim przypadku odpadają – ja po  prostu kocham podróżować koleją, spacerować po miastach, opisywać dworce, na dodatek nie lubię wielkich miast.  Podróż koleją nie jest popularnym tematem, a jedyny mój dotychczasowy kontakt z przewoźnikami to groźba sprawy cywilnej i karnej ze strony PKP Intercity.

W każdym razie nie zamierzam się zmieniać i prowadzić bloga zgodnie z jakimiś trendami w blogosferze, nie zamierzam naśladować innych blogów – będę robił swoje bez oglądania się na innych.

Nie licz, że tyle zarobisz miesięcznie na blogu

Nie licz, że tyle zarobisz miesięcznie na blogu