Kolej na Podróż

O blogu

Ostatnia aktualizacja: 28.08.2019

Tyle jesteś wart, ile lajków możesz wygenerować” – Dariusz Sieczkowski

Na stronie krótko opisuję koncepcję bloga „Kolej na Podróż” i dawnej strony „Świat Podróży Kolejowych”. Obecnie jest to jeden z zaledwie kilku regularnie prowadzonych blogów podróżniczych o charakterze informacyjnym, a nie reklamowym, czyli taki, na którym można przeczytać rzetelne relacje z subiektywnymi spostrzeżeniami – wadami i zaletami zwiedzanych miejsc, a nie gotowce od organizacji turystycznych nieoznaczone jako wpis sponsorowany.

Nie jestem już młodym, pięknym, zdrowym i bogatym szczęśliwym człowiekiem wierzącym w piękny świat, ani naiwnym miłośnikiem kolei zachwycającym się przewoźnikami i koncernami. Tekst jest przesycony pesymizmem, więc nie radzę go czytać osobom widzącym świat przez różowe okulary.

Historia

Blog „Kolej Na Podróż” powstał jako uzupełnienie portalu „Świat Podróży Kolejowych”, istniejącego od stycznia 2012 roku. Blog istnieje od 2014 roku. Podobnie jak moja strona o podróżowaniu koleją, stanowi od lat inspirację dla wielu podróżników, blogerów oraz serwisów o kolei i transporcie. Moim celem było stworzenie połączenia atlasu kolei świata, bloga podróżniczego, poradnika i galerii pociągów z całego świata. Strona i blog od początku istnienia była znienawidzona przez PKP i ludzi na wysokich stanowiskach w firmach kolejowych oraz w ministerstwach. Dlaczego? Taka mentalność. Jeśli ktoś spoza układu towarzyskiego próbuje się wybić, trzeba go zniszczyć.

Stronę internetową i blog założyłem, ponieważ chciałem połączyć pracę z pasją – nawiązać ciekawą współpracę, znaleźć zatrudnienie, poprawić swoją pozycję na rynku pracy i wyrobić sobie markę w czasach, kiedy rynek pracy wyglądał zupełnie inaczej, a ja sam miałem poważne kłopoty z prawem (media wykreowały mnie na groźnego terrorystę, a kiedy sprawę umorzono, nikt nie napisał o tym ani słowa) i byłem na dnie, jeśli chodzi o finanse. Jedynym moim walorem była wiedza o podróżowaniu koleją nabyta w latach 2008-2011. Wtedy mój roczny budżet podróżniczy wynosił 200 złotych. Dziś o sto złotych więcej.

Postępowało tak wielu pasjonatów. Nikt, poza cwaniakami mającymi układy w mediach, którzy szybko stali się celebrytami blogosfery podróżniczej, nie myślał o współpracach, zarabianiu na blogu, pisaniu wyliczanek pod potencjał wyszukiwania. Mówiono pokaż się, a ktoś cię doceni, znajdziesz dobrą pracę. Więc wielu pasjonatów w pocie czoła opracowywało mnóstwo artykułów w nadziei na znalezienie pracy. Mnóstwo poświęconego czasu, mnóstwo porad, odpowiedzi na maile z pytaniami, a tak naprawdę nie docenił tego nikt. Wszystko posłużyło tylko koncernom pośredniczącym w sprzedaży biletów oraz tym, którzy mieli możliwości podróżowania, aby na podstawie artykułów pasjonatów stworzyli te same, ale lepsze, bo bogatsze w aktualne, osobiste wrażenia.

W praktyce prowadzenie bloga ani podobnych stron nie przydało mi się do niczego, jak również pokazało, że taka praca to strata czasu, bo nie liczy się nawet jako doświadczenie zawodowe. Wiedza także się zdezaktualizowała, a osoby mające możliwości podróżowania skorzystały z moich wpisów i napisały lepsze artykuły. Jestem tylko dostarczycielem wiedzy i pomysłów, które realizują inni. Czas całkowicie zmarnowany.

W styczniu 2012 roku wszystko jednak wyglądało inaczej – blogi były autentyczne, zupełnie inaczej pisane, a rynek pracy dla takich jak ja wyglądał następująco: bezpłatny staż na 3 miesiące, harówka za grosze lub próbować coś samodzielnie. Obecnie prowadzenie bloga z prawdziwego zdarzenia pochłania mnóstwo czasu i pieniędzy, a 99% blogów pisanych jest na jedno kopyto pod „potencjał wyszukiwania”. Gdybym wiedział, jak rozwinie się branża oraz rynek pracy, nie zakładałbym bloga, ani strony internetowej.

Blog i moja strona przez długi czas należały do najpopularniejszych blogów podróżniczych w Polsce, ale brak pieniędzy na rozwój oraz brak możliwości podróżowania przekreśliły szansę na jakikolwiek sukces i obecnie to już ostatnie dni tego bloga.

Przez lata prowadzenia bloga zniszczyłem sobie tylko zdrowie – wzrok, kręgosłup i mięśnie. Nie mówię, jak się czuję, widząc młodych, pięknych, zdrowych, uśmiechniętych zwiedzających cały świat, dobrze zarabiających i piszących, jakie życie jest piękne i proste. No i wulgarnych, agresywnych dresiarzy, dla których jestem pedałem, bo nie trenuję sztuk walki. Sam wiem, że nigdy nie będzie mnie stać na podróże i nigdy nie znajdę pracy, która pozwalałaby mi realizować pasję.

Blog tworzę zupełnie sam. Nie korzystam ze wsparcia technicznego, agencji SEO, nie mam układów, nie udzielam się w towarzystwach wzajemnej adoracji.  Nie jestem programistą ani grafikiem, więc wygląd oraz niektóre rozwiązania techniczne nie są idealne. Obecnie, przy ogromnej konkurencji, brakuje wsparcia technicznego – znam się na SEO, potrafię korzystać z wtyczek i tym podobnych, jednak brakuje czasu na tworzenie bezwartościowych blogów mających tylko zwiększyć liczbę odnośników do strony, pracę na grafiką, czy wprowadzanie innych zmian.

Gdybym wiedział, jak wygląda cała branża blogowa, turystyczna, dziennikarstwo, kolej i showbiznes, nie traciłbym czasu na bloga. To jedno, wielkie bagno. Jesteś znany, masz układy – jesteś promowany, zarabiasz wychwalając wszystko za pieniądze. Jesteś uczciwy i rzetelny – nigdy się nie przebijesz.

 

Treści

Na blogu piszę przeważnie o podróżowaniu koleją i opisuję miasta, do których można dojechać pociągiem. Ponadto publikuję aktualności dotyczące nowych połączeń oraz informacje o promocjach i ciekawych ofertach pozwalających tanio podróżować. Oczywiście nie jestem w stanie pisać o wszystkich zniżkach, podróżach z rowerem, psem, dopłatach do FIP, aktualnych cenach – to pochłania mnóstwo czasu.

Nie jest to blog pisany według szablonów – krótka wycieczka do popularnego kraju, a potem artykuły typu „zakupy”, „ceny”,”jedzenie”, „10 powodów, żeby jechać do…”, „gdzie zjeść”, „atrakcje dla dzieci”, „transport”, „najpiękniejsze plaże” i tym podobne. Takich blogów są tysiące, staram się czymś wyróżnić na tle polskiej blogosfery podróżniczej.

Poprawności danych nie jestem w stanie zagwarantować, podobnie jak nie jestem w stanie zagwarantować aktualności informacji we wszystkich artykułach (rozkłady i połączenia bardzo często się zmieniają, nie da rady za tym nadążyć).

Przez lata ilustrowałem artykuły przeważnie swoimi zdjęciami oraz zdjęciami Creative Commons, ale zdezaktualizowały się, a z powodu zakazu opuszczania terytorium RP nie mogę zrobić nowych, więc korzystam ze zdjęć nadesłanych, udostępnionych przez przewoźników lub Creative Commons. Oczywiście wszystko stosownie podpisuję.

Dawniej chciałem opisywać mniej znane miejsca, ale jak się okazało, nie ma zapotrzebowania na ambitne treści. Ludzie najchętniej czytają najsłabsze artykuły, a wyszukiwarki promują je. Jeśli blog ma przetrwać, trzeba pisać przede wszystkim o popularnych miejscach. Takie życie.

Niektóre osoby zarzucają mi brak wiedzy o historii zwiedzanych miejsc, pomijanie niektórych zabytków i atrakcji, niekompletne opisy, nadmierną krytykę. Niestety, dzień ma 24 godziny, w dzisiejszym wyścigu szczurów, przy braku stabilizacji oraz pogoni za pieniądzem, nie jestem w stanie zagłębiać się w historię zwiedzanych miejsc, a jest oczywiste, że nie będę wiedział tyle o zwiedzanych miejscach, co osoby mieszkające tam od urodzenia. Nie będę też jeździł do Biblioteki Jagiellońskiej i po archiwach, aby tworzyć takie artykuły, jakie chcieliby czytać najmądrzejsi. Co do krytyki – każdy odbiera różne miejsca inaczej. Władze i osoby odpowiedzialne powinny potraktować krytykę jako wskazówkę, co zmienić. Na tym również polega urok autentycznych blogów – jednemu się podoba, innemu nie.

Nie jestem influencerem (po polsku „naganiacz”), którzy bierze 3-10 tysięcy za wpis z gotowca przygotowanego przez organizacje turystyczne i władze, pstryknie kilka fotek, wychwali wszystko, a ludzie zachwycają się, zadowoleni, że ich miasto lub instytucja spodobały się gwiazdorowi.

Nie należę do pupilków Polskiej Organizacji Turystycznej, PKP Intercity, regionalnych organizacji turystycznych, dlatego moje wpisy nie są nigdzie promowane – to cena za uczciwość i rzetelność. Można powiedzieć, że w środowisku jestem „trędowaty”.

Nie porównujcie mnie Marka Smitha z seat61.com i nie wymagajcie ode mnie takich opracowań. Porównajcie zarobki autora tamtej strony i jego podróże z moim brakiem zarobków, brakiem zdrowia i brakiem jakichkolwiek perspektyw.

Sukcesy

Mój blog pojawia się regularnie na wysokich pozycjach w corocznym rankingu blogów podróżniczych opracowywanym przez blog Crolove w kategorii „Widoczność w Google”:

2016 – 38 miejsce (6 miejsce wśród blogów niekomercyjnych)
2017 – 23 miejsce (3 miejsce wśród blogów niekomercyjnych)
2018 – 11 miejsce (1 miejsce wśród blogów niekomercyjnych)

Biorąc pod uwagę bardzo niski budżet podróżniczy (ok. 300 złotych rocznie), zakaz opuszczania terytorium RP oraz konkurencję ze strony koncernów dysponujących niewyobrażalnymi pieniędzmi, wynik jest bardzo dobry.

Sukcesem jest też duża liczba czytelników, znacznie wyższa niż na wielu blogach promowanych w mediach i zarabiających mnóstwo pieniędzy. Ale przydałoby się poprawić wysoki współczynnik odrzuceń i czas spędzany na stronie przez czytelnika, co jest trudne, ponieważ internauci szukają na stronie konkretnych informacji i kiedy je znajdują lub nie, opuszczają stronę.

Kolejny sukces to fakt, że wiele przewodników po miastach jest wyżej w wyszukiwarkach niż przewodniki opracowane przez blogerów komercyjnych za ogromne pieniądze, promowane przez organizacje turystyczne zlecające im tę pracę oraz media.

Jak pokazuje mój przykład – wysoka oglądalność oraz dobre recenzje nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko liczba fanów w portalach społecznościowych oraz obecność w mediach. Czyli musisz być znany. Nawet, jeśli będziesz prowadził najgorszy blog, twoja popularność zagwarantuje ci sukces.

Statystyki Google za 2018 rok (w tym roku jest znacznie więcej odsłon)

Moje podróże

Moje podróże są bardzo skromne. Z powodu przewlekłej choroby układu pokarmowego podróżuję tylko pociągami, a zwiedzanie ograniczam do centrów miast. Rzecz jasna, wszystko podnosi koszty, dlatego podróżuję bardzo rzadko. Odpada też nocleg w najtańszych obiektach, czy zwiedzanie z przewodnikiem, nie mam sił na górskie wędrówki. Zasada podróży jest prosta – kibel musi być.  Czasami wolę przenocować na dworcu, choć to już nie te czasy, co kiedyś i później trzeba tę noc odespać. Niestety, jako osoba niepełnosprawna (tak, choroby układu pokarmowego to również niepełnosprawność) nie jestem tak dyspozycyjny i tak wydajny jak zdrowe osoby, dlatego muszę dostosować tempo podróży do swoich możliwości. Z powodu obowiązywania stref sanitarnych w pociągach raczej nie zwiedzę krajów byłego ZSRR.

Są lepsi ode mnie, nie zamierzam się z nimi ścigać, bo jestem świadomy swoich ograniczeń. Nie lubię wczasów All Inclusive, nie lubię też freeganizmu i couchsurfingu. Ale nie potępiam tych, którzy poznają świat w ten sposób. Wolę zwiedzać według własnego uznania i pełnić rolę biernego obserwatora.

Plany

Dawniej pragnąłem stworzyć informator o kolejach świata, pociągach, dworcach, małych miasteczkach z całej Europy oraz pisać recenzje usług przewoźników. Zabrakło pieniędzy i zabrakło zdrowia.

Niestety, aby prowadzić dobry blog trzeba mieć dobrze płatną pracę pozwalającą dużo podróżować, dobre połączenia komunikacyjne i przede wszystkim zdrowie. Obecnie prowadzenie bloga wymaga ogromnych inwestycji – w podróże, przewodniki, sprzęt i reklamę. Ja nie spełniam żadnego z tych warunków.

Tematyka kolei świata i informacji o pociągach pozostanie tematyką wiodącą, postaram się również pisać o ciekawych miejscach. Wolałbym pisać o mniejszych, urokliwych miasteczkach, ale na takie treści nie ma zapotrzebowania.

Rzadziej będę opisywał dworce – ludzie szukają informacji typu aktualne godziny otwarcia kas biletowych, ceny na parkingach przy dworcach, numery telefonów do dyżurnych ruchu – nie jestem w stanie dostarczać takich informacji.

Chciałbym opracować trasy zwiedzania po różnych regionach i krajach według linii kolejowych. Wiadomo – dużo roboty, konieczność zainwestowania pieniędzy i czasu, więc nie ma szans na realizację.

Nie będę opisywał szlaków górskich, kuchni (chyba, że jako część większej całości), placów zabaw ani restauracji.

Nie będę też mieszał się do polityki, w artykułach postaram się całkowicie pomijać kwestie polityczne, niezależne od nas.

W przyszłości postawię na jakość – będzie mniej przewodników, ale będą one znacznie dłuższe i wyczerpujące.

Mit wielkiego blogera a rzeczywistość

Niestety, wraz z przenosinami strony „Świat Podróży Kolejowych” stałem się blogerem. Dla mnie to porażka, bo nie chcę być kojarzony ze sprzedajnymi blogerami wychwalającymi wszystko za pieniądze. Zakładając stronę internetową i bloga nie spodziewałem się, jakie to bagno.

Przy tworzeniu bloga postawiłem na rzetelność, więc nie znajdziesz tutaj TAKICH kryptoreklam, ociekających wazeliną recenzji, którymi wszyscy się zachwycają, ani tzw. „ustawek” – np. znany muzyk udaje, że szuka interesującej oferty podróży koleją dla zespołu, nagle pani w kasie doradza mu, aby wykupił kartę znanego przewoźnika, następnego dnia zachwycony kupuje kartę, a wszystko relacjonuje kilka razy dziennie na swoich profilach na portalach społecznościowych.

Nie rozumiem fenomenu selfie, YouTuberów z kijkiem, nie będę używał popularnych rekwizytów blogerskich – dzieci i zwierząt, które przynoszą bardzo dużo fanów i lajków, świadczących o wartości bloga. Mój blog nie jest kopią amerykańskich blogów, nie ma tu zmyślonych historyjek zerżniętych z tamtejszych blogów, nie naśladuję także szablonów i pozowanych zdjęć skopiowanych z Ameryki.

Nie kupuję fanów ani odsłon, nie majstruję przy skryptach Google Analytics, dzięki czemu mógłbym uzyskać rewelacyjne statystyki.

Ogólnie należę do blogerów walczących o zainteresowanie czytelników, poświęcających mnóstwo czasu na tworzenie bloga i treści, którzy skazani są na klęskę. Z moich artykułów korzystają niemal wszyscy znani blogerzy, dziennikarze, podróżnicy, a na palcach jednej ręki można wymienić tych, którzy podali choćby odnośnik do mojego bloga na swoich stronach.  Takie jest życie.

Współpraca z podmiotami zewnętrznymi

Chciałbym utrzymać blog z reklam Google Adsense i rozwijać projekt, ale to nierealne zadanie.

Zakładając bloga postawiłem na uczciwość i rzetelność wobec czytelników, co było z jednej strony ogromnym błędem (bo nie zarobiłem), z drugiej strony, jak pokazuje czas, dobrym ruchem, ponieważ nawet podlizywanie się sponsorom nie gwarantuje stabilizacji, a upadek wielu znanych blogerów komercyjnych pokazuje, jak brutalny jest świat

Mam pecha, bo nie mogę skorzystać z małego ZUS-u (od 1.01.2019), nierejestrowanej działalności gospodarczej, a jako beneficjent świadczeń społecznych nie mogę opuszczać terytorium RP ani przyjmować darowizn. Nie mam więc możliwości rozwijania projektu. Gdybym chciał zarabiać na blogu, musiałbym płacić ok. 1500 zł składek miesięcznie + koszty licencji. Musiałbym wtedy pisać głupoty, nawiązywać współpracę z nieuczciwymi partnerami (pogrążyło to kilku blogerów), wychwalać najgorsze bzdury. Tworzę więc za darmo, bo jeśli porzucę projekt, ktoś sobie przywłaszczy moją pracę.

Prawda jest taka, że przeważa podejście, iż blogi i strony internetowe powinny być tworzone w ramach wolontariatu, bez żadnych korzyści dla autora, poza satysfakcją. A najlepiej autor powinien tworzyć anonimowo jako Wikipedysta. Wszystko wygląda fajnie, dopóki macie dobrą pracę, zdrowie, stypendia, nie musicie korzystać z dobrego dentysty (prywatnie), fizjoterapeuty (prywatnie), nie musicie czekać kilka lat na wizytę u specjalisty ani wykonywać badań. Super, kiedy możecie przeznaczyć na podróże i bloga 10-15 tysięcy złotych rocznie. Wtedy życie wygląda inaczej.

Ogólnie nie przewiduję współpracy z podmiotami zewnętrznymi, szczególnie na warunkach proponowanych w Polsce. Artykuł informacyjny tak – wychwalanie za pieniądze nie. To nie dla mnie. Nie potrafię oszukiwać czytelników, nie potrafię zachwycać się wycieczkami prasowymi, na których blogerzy prowadzeni są jak za rączkę, nie potrafię pisać pozytywnych recenzji za pieniądze lub darmowy nocleg. Lubię samodzielnie odkrywać ciekawe miejsca i atrakcje. Ale rzeczywistość jest brutalna –  nie sprzedasz się, pozostaniesz rzetelny – nie zarobisz i będziesz jedynie dostarczycielem pomysłów lub treści dla tych, którzy zarabiają i rozwijają się. Wszyscy będą tobą gardzić. Tak jak w życiu. Tysiące innych blogerów podejmą każdy rodzaj współpracy, nie patrząc na coś takiego jak uczciwość i etyka, a dzięki temu zarobią i rozwiną się.

Dotychczasowe współprace:

Program partnerski Deutsche Bahn (recenzja) – nieudana współpraca z kolejami niemieckimi
Groźby procesu karnego, cywilnego i ogromnego odszkodowania ze strony PKP Intercity

Kiedy zaczynałem, jedyną możliwą formą „współpracy” była współpraca typu „ty nas reklamujesz i nic z tego nie masz”. Blogerzy zachwycali się wtedy tym, że ktoś ich dostrzega, nie wiedząc, że to współpraca bez perspektyw, nastawiona na spadek widoczności bloga zagrażającego wielkim graczom w wyszukiwarkach.

Przyszłość bloga

W przyszłości ten blog podzieli pewnie los wielu innych blogów kolejowych zlikwidowanych po latach pracy. Na blogu nie zarabiam i jako twórca stoję przed dylematem – prowadzić go nadal bez żadnych perspektyw, czy sprzedać za ułamek wartości któremuś z wielkich koncernów lub którejś z renomowanych firm. Jeśli nie sprzedam, koncerny i tak przystosują sobie treści do własnych potrzeb.

W 2019 roku blogosfera podróżnicza zamieniła się w wielkie bagno – blogi promowane przez organizacje turystyczne i agencje marketingowe zarabiają ogromne pieniądze, pisząc tylko artykuły zlecone pod dyktando zleceniodawcy, pokazując świat przez różowe okulary oraz biorąc udział w czerpaniu dotacji z Unii Europejskiej na promocję turystyki. Sprzedajni blogerzy promowani są wszędzie, niektóre organizacje turystyczne nawet inwestują w pozycjonowanie artykułów sponsorowanych,a pasjonatów blokuje się – nikt nie udostępnia ich artykułów, nikt nie poleca, nikt nie dopuszcza współpracy opartej na uczciwości wobec czytelników i przyzwoitości. W blogosferę komercyjną inwestowane są ogromne pieniądze, pasjonaci nie mogą liczyć na nic. Koniec wszystkich niekomercyjnych blogów jest bardzo blisko – jeśli ocaleją, wkrótce znikną z wyszukiwarek.

Albo przyjdzie dzień, kiedy po latach szczucia przez otoczenie, wysłuchiwania jakim to jestem nierobem, nieudacznikiem i pasożytem, skasuję to wszystko.

O mnie

Jestem 36-letnim staruszkiem, który już dawno pozbył się młodzieńczych iluzji i przekonał się, jak w praktyce wygląda życie, więc nie znajdziecie tu młodzieńczego, często naiwnego entuzjazmu i bezkrytycznego zachwytu nad ludźmi oraz odwiedzanymi miejscami. Nie mam znajomości ani układów, więc o moim blogu nie przeczytacie w mediach, nie pojawi się w różnych rankingach blogów, nie biorę udziału w szaleńczej pogoni za kliknięciami, liczbą fanów na Facebooku, zwiedzam i opisuję miejsca według własnego uznania. Nie spamuję po grupach dyskusyjnych. Moje podróże są skromne, nie robię z siebie idioty dla chwilowej sławy na portalach społecznościowych.

Blog to moje jedyne zajęcie. Moje umiejętności i wykształcenie nie przydały się do niczego, z powodu przewlekłej choroby układu pokarmowego nie mogę wyjechać,  zmienić otoczenia ani się przekwalifikować, a przez czas spędzony przy komputerze i w bibliotekach straciłem całkowicie umiejętności interpersonalne (czyli mówiąc kolokwialnie „zdziczałem”) i tak prawdę mówiąc nie nadaję się do żadnej roboty. Nie mam też innego pomysłu na życie. Do tego przez pracę przy słownikach, blogu i stronach internetowych zniszczyłem sobie wzrok i kręgosłup. Jestem więc kaleką bez żadnych perspektyw.

Marzenia

Marzenie podróżnicze to pojeździć po krajach Europy i stworzyć książkę z relacjami z podróży, w której skoncentrowałbym się na obserwacjach życia w zwiedzanych miejscach, coś jak „Stary Ekspres Patagoński”. Ale to nierealne – marzenia nigdy się nie spełniają. Innych marzeń podróżniczych nie mam. Po co marzyć o czymś, co i tak się nie spełni? Lepiej po prostu cieszyć się każdym dniem. Co będzie, to będzie. Jeśli uda mi się coś zwiedzić, to dobrze, jeśli nie, to nic się nie stanie.

%d bloggers like this: