Kolej na Podróż

Jak zostałem kaleką, zachorowałem na raka i umrę przez bezduszny system

W styczniu 2022 roku minie 10 lat, od kiedy zacząłem pisać o podróżowaniu koleją. Rok 2021 miał być przełomowy. Byłem zadowolony z oglądalności, cieszył mnie odbiór bloga, a jego prowadzenie sprawiało mi radość. Miałem wielkie plany, były pieniądze na realizację części z nich, ale jak to w moim życiu bywa, los wszystko pokrzyżował.

Ten wpis jest bardzo osobisty. O pewnych rzeczach nie powinienem pisać publicznie. Zdecydowałem się jednak to zrobić, ponieważ otrzymuję dużo wiadomości od czytelników, którzy są oburzeni moim pesymizmem i negatywną energią. Niestety, życie nie jest takie proste. Chciałem tym wpisem uświadomić wszystkim, że nawet najlepsze plany mogą nie zostać zrealizowane z przyczyn niezależnych od nas, a hasła typu „chcieć to móc” nie odpowiadają prawdziwemu życiu. Ponadto niektórzy mają niewiarygodnego pecha.

Od lipca nie chodzę, w październiku wykryto u mnie nowotwór złośliwy, a do tego wszystko dzieje się szczycie czwartej fali pandemii. W najgorszych snach nie przypuszczałem, jak moje życie się skończy.

Spis treści:

1. Szczepienie
2. Jak zostałem kaleką
3. Rak jądra po raz drugi
4. Jak umrę przez bezduszny system
5. Nie jestem antyszczepionkowcem
6. Po mojej śmierci
7. Podsumowanie

SZCZEPIENIE

W maju z wielką radością oczekiwałem na przyjęcie szczepionki przeciwko koronawirusowi. Miałem nadzieję, że dzięki zaszczepieniu się będę chronił siebie i bliskich, a pandemia szybko się skończy nie tylko dla mnie.

Jak niektórzy z was wiedzą, bardzo uważałem, żeby nie zarazić się koronawirusem. Nie Podróżowałem, nie spotykałem się w dużych skupiskach ludzkich, nosiłem maseczkę i używałem płynów do dezynfekcji. Walczyłem także z fake newsami w internecie. Opłaciło się, uniknąłem zakażenia. Sam byłem i jestem wyśmiewany jako tzw. Covidianin, czy Covidiota.

Pierwszą dawkę szczepionki Moderna przyjąłem w maju. Poza kilkoma dniami lekkiego osłabienia nie zaobserwowałem z początku skutków ubocznych. Po około dziesięciu dniach pojawiły się bóle łydek. Nie przywiązywałem do nich większej wagi.

Zaświadczenie o szczepieniu

Po szczepieniu miało być tak pięknie…

JAK ZOSTAŁEM KALEKĄ

Ponad dwa tygodnie po pierwszej dawce szczepionki wybrałem się na wycieczkę do Parku Śląskiego w Chorzowie. Po lekturze grup typu „Szczepienia: rozwiewamy wątpliwości” byłem przekonany, że skutki uboczne nie mogą wystąpić później niż po dwóch tygodniach. Wycieczka była spokojna – zwykły spacer po parku i skansenie, jak raz w tygodniu w czasach przed pandemią.

Cztery dni po wycieczce, podczas zwykłego spaceru po osiedlu, przeskoczyło mi coś w pachwinie i zacząłem mdleć. Ledwo doszedłem do domu. Rano obudziłem się z bólem pachwiny i bólem wewnętrznej części uda promieniującym w dół kończyny. Objawy wskazywały na uraz mięśni przywodziciela uda. Akurat był wolny termin do fizjoterapeuty, który zastosował manipulacje powięziowe i ból szybko zniknął. Zdiagnozował także ograniczoną ruchomość stawu biodrowego.

Jeszcze przed przyjęciem drugiej dawki szczepionki powróciłem do krótkich spacerów, oszczędzając się i uważając, aby uraz się nie odnowił. Chodziłem normalnie, nie miałem żadnych problemów.

Drugą dawkę przeszedłem bardzo ciężko (dosłownie zmasakrowało mnie), ale po paru dniach przeszło. Dwa tygodnie po przyjęciu szczepionki znów pojawił się ból łydek. I na początku lipca (3 tygodnie po drugiej dawce) podobna sytuacja podczas spaceru – przeskakuje coś w pachwinie i zaczynam mdleć. Rano budzę się z ogromnym bólem pachwiny i drobnymi krwiakami, więc udaję się na oświęcimski SOR w obawie przed zakrzepicą. Na SOR-ze, o dziwo, bardzo szybko otrzymuję pomoc. Mówię prawdę, że podejrzewam odczyn poszczepienny, co wzbudza wściekłość jednego z lekarzy ze względu na procedury, bo podobno jak nie uraz, nie mogą udzielić pomocy  (do personelu pomocniczego nic nie mam, zachowywali się w porządku). Diagnoza to uraz skośny ścięgien, więzadeł i mięśni stawu biodrowego.

Tym razem musiałem poczekać dłużej na wizytę u fizjoterapeuty. Do poradni ortopedycznej nie poszedłem, ponieważ nie mogłem się zarejestrować telefonicznie (nikt nie odbierał telefonu pomimo około stu prób w różnych dniach), poza tym w czasie jej pracy nie miałby mnie kto zawieźć ze względu na remont jednej z ulic.

Urazy tego typu goją się 6-8 tygodni. W tym czasie, pod koniec rekonwalescencji, wychodziłem jedynie na ławkę pod blokiem. Nie mogłem schodzić ani wchodzić po schodach. Po 8 tygodniach wybrałem się na konsultację prywatną do ortopedy. Ortopeda zdiagnozował dysfunkcję stawu biodrowego i podejrzenie uszkodzenia przyczepów mięśni kulszowo-goleniowych. Zlecił rezonans miednicy. Rozpocząłem rehabilitację stawu biodrowo-krzyżowego i zbierałem pieniądze na rezonans. Nadal nie mogłem chodzić, aczkolwiek bywały dni, że doszedłem do najbliższego sklepu i biblioteki. Wystarczyła jednak jakaś wizyta u lekarza, siedzenie w poczekalni i wszystko wracało.

Kiedy zebrałem pieniądze na rezonans, stało się coś znacznie gorszego – o tym później. Pomimo rehabilitacji nadal nie mogę chodzić. Ostatni nawrót dolegliwości nastąpił po wyjeździe na badanie rezonansem do Bierunia i oczekiwaniu w poczekalni. Nie mogę chodzić, siedzieć, stać, leżenie też sprawia mi ból. Ratuje mnie tylko wielogodzinny bezruch w pozycji leżącej. Bolą mięśnie, biodro, odezwał się bark. Nie widzę szans na powrót do zdrowia. Maści i ibuprofen słabo działają, Nimesilu nie odważę się brać, bo kiedyś o mało się po nim nie przekręciłem.

Jakkolwiek za kontuzję można winić powrót do aktywności po III fali pandemii (wiadomo, długo się siedziało, pływalnia była nieczynna), to nie robiłem nic, co mogłoby wywołać aż takie dolegliwości. Nie skakałem, nie biegałem, nie robiłem gwałtownych skrętów. Nie grałem w piłkę. Po prostu spacerowałem. Długi, spokojny spacer. Przed drugą kontuzją kilka razy byłem na basenie w strefie rekreacyjnej, ograniczając pływanie do spokojnych 10 minut grzbietem i kraulem, oszczędzając przy tym nogi i unikając ruchów mogących wywołać kontuzję. Wcześniej, w czasie III fali, także dużo spacerowałem, podobnie jak dawniej przed urazem. Rozumiem, gdybym wędrował po górach, jeździł na nartach, rowerze lub biegał. Ale nie było nic z tych rzeczy.

RTG nie wykazało większych problemów w kręgosłupie, natomiast RTG miednicy wykazało początki choroby zwyrodnieniowej stawów biodrowych, przy czym jeden w ogóle nie boli.

UWAGA: Wobec pojawiających się zarzutów – nigdzie nie twierdzę, że szczepionka spowodowała chorobę zwyrodnieniową stawu, bo to niemożliwe. Według opisu RTG choroba jest w bardzo wczesnym stadium, a podobny opis pewnie pojawiłby się na opisach zdjęć RTG miednicy 60% osób  w moim wieku. Znam ludzi, którzy chodzili po 20 lat z biodrami w dużo gorszym stanie. 

Dlaczego więc uważam, że szczepionka mogła przyczynić się do urazów? Zabrzmi to absurdalnie, ale jest to możliwe. Wystarczy spojrzeć na powszechnie stosowane antybiotyki typu Cipronex. Bardzo rzadko dochodzi podczas ich używania do kontuzji ścięgien, w tym ich zerwania. Kontuzję poprzedza… ból łydek. Niektórzy pechowcy nie wracają do sprawności. Nie mam gwarancji, że problemy z nogami to wynik działania szczepionki, ale tak naprawdę nikt tego nie bada. Wcześniej nie miałem takich dolegliwości. Zdarzył mi się ból pachwiny kilka lat temu po 40 minutach biegania bez rozgrzewki, lecz po dwóch tygodniach ograniczenia aktywności przeszedł. Tym razem mięśnie się nie goją. Moim zdaniem wysiłek był zbyt mały, żeby wywołać aż takie dolegliwości, które po 5 miesiącach są takie, jak na początku. Na razie niewiele pomaga rehabilitacja u najlepszego fizjoterapeuty w regionie, nie pomagają delikatne ćwiczenia. (do tej pory udało się zlikwidować uczucie „drutu kolczastego oplatającego biodro” i ograniczyć obszar bólu w stawie krzyżowo-biodrowym – potrzebna jest dalsza diagnostyka).

Wiem jedno. Pozostanę kaleką. Marzę, żeby znalazł się chociaż jakiś ludzki ortopeda, który wstrzyknie mi blokady, abym mógł przetrwać operację i chemioterapię. Wątpię, czy takiego spotkam. Jestem tylko śmieciem.

Fragment wypisu ze SOR-u z urazem. Lekarz bagatelizował problem, ale przynajmniej uczciwie zapisał, co mówiłem. Niestety, nigdzie tego nie zgłoszono, podobnie jak nie zgłasza się innych przypadków.

RAK JĄDRA PO RAZ DRUGI

W 2015 roku walczyłem z rakiem jądra. Z tego powodu regularnie kontrolowałem się. Podobno wystarczy USG jąder raz w roku, ja natomiast robiłem badanie USG jąder 2 razy w roku na NFZ w poradni w oświęcimskim szpitalu i raz prywatnie. Do tego samobadanie pozostałego jądra weszło mi w nawyk, więc robiłem to znacznie częściej niż co miesiąc. Dwadzieścia dni po przyjęciu drugiej dawki byłem na prywatnym badaniu USG jąder (30.06.2021). Wszystko czyste.

30 września, podczas samobadania, wyczułem bardzo małą zmianę. Za 5 dni miałem wizytę u urologa. Wiedziałem, że to rak, ale urolog skierował mnie na rezonans magnetyczny. I tu pojawił się problem: z powodu kontuzji nie mogłem dojechać na badania do miast położonych dalej. Terminy na Cito na NFZ w okolicy Oświęcimia to prawie dwa miesiące. Prywatnie jedynie w bieruńskim Helimedzie znacznie przyspieszymy badanie, ale koszt 720 złotych. Nie każdego stać. Wyobrażacie sobie: badanie na CITO z wykrzyknikiem prawie za dwa miesiące + czekanie na opis kolejne dwa tygodnie?

Niestety, nie udało się założyć karty DILO. W 2015 roku leczyłem nowotwór jądra i nie zamknięto karty (nie widziałem jej na oczy), a system nie dopuszcza utworzenia dwóch kart na raka jądra, choć to dwa różne guzy i dwa jądra. Gdybym miał raka jądra i np. raka tarczycy, nie byłoby problemu. Kolejny pech – na własne oczy widziałem, jak system odrzuca żądanie założenia karty przez lekarkę. Podejrzewam, że moja karta DILO jest w Krakowie na Garncarskiej, ale ze względu na stan zdrowia nie mogłem i nie mogę pojechać do Krakowa. Niczego nie da się załatwić zdalnie.

Dla pewności zrobiłem markery nowotworowe – idealne oraz badanie USG jąder w innym gabinecie – radiolog potwierdził niewielką zmianę. Z wynikiem badania poszedłem do oświęcimskiej poradni z prośbą, aby urolog natychmiast skierował mnie na zabieg usunięcia jądra. Pielęgniarka w bardzo nieprzyjemnej atmosferze pokazała urologowi wyniki, ale ten nie wystawił skierowania. Bo potrzebny jest rezonans. Nie da się zrobić tak, aby ustalić termin zabiegu, a potem ewentualnie zabieg odwołać, jeśli rezonans nic nie wykaże. W chorobie, w której liczy się każdy dzień.

Nie dało się nic zrobić. Kolejne dwa tygodnie czekałem na rezonans w Bieruniu. Rezonans potwierdził zmianę wyglądającą na nowotwór, opis dostałem na maila tego samego dnia. Niestety, kolejne 6 dni oczekiwania na wizytę u urologa (o ile mnie przyjmie 15.11), potem kilka tygodni na zabieg. O ile nie zamkną oddziałów urologicznych z powodu covid-a i nie będę mógł w ogóle wyciąć nowotworu. Albo sam nie zachoruję na covid, bo przecież szczepionka nie chroni przed zachorowaniem.

AKTUALIZACJE: 15.11 urolog wystawił skierowanie na zabieg. Niestety, wszędzie terminy są bardzo długie, a oddział urologii w Chrzanowie został przekształcony w oddział covidowy.

Dzięki pomocy ludzi dobrej woli udało się znaleźć wolny termin na urologii w Katowicach i już 18.11 guz został wycięty. Czekam na wynik histo-patologiczny i TK. Jestem więc dwa tygodnie do przodu, bo tyle czekałbym na termin w szpitalu z oddziałem urologii.

Koledzy po fachu bronią urologa, że nie chciał wydać skierowania na zabieg bez rezonansu. Niby według sztuki lekarskiej wszystko jest w porządku, ale przez stracony czas będę musiał brać ciężką chemię 3xBEP lub 4xEP. W szczycie czwartej fali. 

Po wycięciu zaatakowanego jądra natychmiast trzeba podawać testosteron. Niestety, termin do endokrynologa na NFZ to maj 2022 roku. Za 7 miesięcy. Dramat. Wszystko trzeba robić prywatnie.

Dlaczego uważam, że drugi rak jądra z dużym prawdopodobieństwem może być niepożądanym odczynem poszczepiennym? 20 dni po szczepieniu miałem usg jądra i było ono czyste. Zmianę wyczułem 3,5 miesiąca po szczepieniu. Guz jądra nie tworzy się z dnia na dzień, musiał zacząć się tworzyć, jeszcze kiedy szczepionka krążyła po organizmie. Nie posiadam wiedzy, która pozwalałaby mi stwierdzić, czy to możliwe. Takie przypadki powinny być natomiast sumiennie badane, choć tak naprawdę pewnie jakieś komisje orzekną, że to nie miało związku ze szczepieniem, podobnie jak w przypadku wielu zakrzepic i udarów. 

Swoją drogą myślałem, że to lata po covidzie ludzie będą chorować na raka jądra, a tu ja zachorowałem po szczepionce.

W mojej rodzinie nie było nowotworów jądra, nie należę do grup ryzyka. Szansa na pojawienie się raka w drugim jądrze to 5-6%. Jedyna możliwa inna przyczyna to negatywne emocje – wieloletnia, ciężka depresja, rozgoryczenie życiem, koszmarne wspomnienia ze szkoły średniej (przez to zamknąłem się na ludzi), które śnią mi się niemal codziennie po nocach. Ostracyzm społeczny wobec mojej osoby – poglądów, zainteresowań, układanie życia, a także świadomość bezsensu mojej wieloletniej pracy.

Nigdy nie paliłem, nie ćpałem, alkohol spożywałem ze dwa razy w roku. Po pierwszej chorobie bardzo ograniczyłem fast foody, słodycze, napoje gazowane i pieczywo. Ze względu na nietolerancje pokarmowe nie mogę jeść wielu rzeczy, więc starałem się, jak mogłem. Dbałem o odporność.

USG JĄDER

USG jąder z 30.06.2021 (20 dni po drugiej dawce – wszystko w porządku). Nie sądzę, żeby ceniony urolog pomylił się.

USG Jąder

USG z 21.10.2021 – zmianę wyczułem pod koniec września, 4.10 byłem u urologa, czekałem na rezonans na NFZ. Widoczna jest zmiana.

JAK UMRĘ PRZEZ BEZDUSZNY SYSTEM

Teoretycznie przy raku jądra badania i zabieg powinny być robione błyskawicznie. To teoria. Podczas pierwszej choroby w 2015 roku lekceważyłem powiększające się jądro, słuchałem tych, którzy mówili mi, że nic mi nie jest i tylko wmawiam sobie choroby. Później problemy z diagnostyką i trzy miesiące stracone – konieczna była ciężka chemioterapia. Tym razem nowotwór wykryłem bardzo wcześnie. Błyskawicznie zgłosiłem się do lekarza. Niestety, skupiło się wiele negatywnych czynników, przez co chemioterapia będzie konieczna, a ze względu na stan zdrowia nie wytrzymam dojazdów na dolewki bleomycyny, wielogodzinnego siedzenia w kolejce do lekarzy i przyjęcia. Nikt nie uzna, że jestem pacjentem leżącym, choć obecnie mogę jeździć samochodem tylko na leżąco i chodzić na czworakach. Gdyby zabieg przeprowadzono błyskawicznie, skończyłoby się na wycięciu jądra. Ale nie da się.

Po chemioterapii z 2015 roku mam problemy ze słuchem, zębami, koncentracją, pamięcią, zaostrzyła się przewlekła choroba układu pokarmowego. Nie mówiąc, jak się żyje bez jądra. Widzisz tych napakowanych kolesi, a ty drobniutka postura, brak sił – wyniszcza to psychicznie. Bardzo chciałbym tego uniknąć. Tych nieprzewidywalnych biegunek nie do zatrzymania, robienia w gacie, niewyobrażalnego osłabienia i katastrofalnego samopoczucia. Ale nie da się. Nawet nie chcę myśleć, co będzie dalej.

Gdybym chociaż nie miał dysfunkcji narządów ruchu, byłoby znacznie prościej. Prosząc o pomoc w poradniach czuję się, jakby traktowali mnie jak złodzieja i oszusta, a ja naprawdę jestem chory. Myślicie, że ktoś mi pomoże? NFZ, Ministerstwo Zdrowia, czy fundacje? Nikt. Wszyscy mają cię w dupie.

Umrę przez nowotwór, który szybko wykryty i wycięty jest w stu procentach całkowicie wyleczalny. Dlaczego? Przez system. Przez bezduszny system, dla którego człowiek i empatia to nieznane wartości.

NIE JESTEM ANTYSZCZEPIONKOWCEM

Wbrew temu, co może wynikać z tekstu, nie jestem antyszczepionkowcem. Uważam, że należy się szczepić, ale Państwo powinno zapewnić badanie i leczenie niepożądanych odczynów poszczepiennych. Rozumiem tych, którzy boją się skutków ubocznych szczepienia, natomiast nienawidzę młodych, niezniszczalnych, śmiejących się z cierpienia oraz zgonów ludzi chorujących na Covid. Jakkolwiek nienawidzę takich osób, nienawidzę także fanatyków bezkrytycznie propagujących szczepienia, banujących wszystkich za sianie wątpliwości na temat szczepień i robiących z takich osób psycholi. Mam tu na myśli szczególnie Pawła Skolimowskiego z grupy „Szczepienia – rozwiewamy wątpliwości” i wielkiego naukowca z Uniwersytetu Jagiellońskiego Tomasza Kantykę. Wyjątkowi (dopisz tu sobie).

Tak naprawdę osoby negujące epidemię i śmiejące się ze zgonów chorych, nie różnią się niczym od fanatycznych propagatorów szczepień. Ta sama retoryka, takie samo chamstwo.

Dobija mnie, kiedy słyszę, że szczepionki tak naprawdę nie chronią przed zakażeniem i transmisją wirusa, tylko łagodzą przebieg choroby i też nie zawsze, bo w pełni zaszczepieni także masowo lądują w szpitalach.

Jestem przygotowany, że zrobią ze mnie psychola i debila, ale w odróżnieniu od legend miejskich i fake newsów wszystkie swoje podejrzenia podparłem dokumentami. Propagatorzy szczepień powiedzą: „udowodnij, że to po szczepieniu”, ale to tak samo jak koronasceptycy domagają się wyników sekcji zwłok każdego, kto zmarł z powodu koronawirusa. Popadanie ze skrajności w skrajność. Brakuje zdrowego rozsądku.

Jedno jest pewne – od czasu szczepienia moje zdrowie posypało się całkowicie. Nie zdziwiłbym się, gdyby ujawniły się kolejne choroby. Wygląda to tak, jakby zaatakowało mi wszystkie najsłabsze miejsca.

PO MOJEJ ŚMIERCI

Jeśli chodzi o moje życie, było ono pasmem klęsk, niepowodzeń i poniżeń. Jestem po części temu winny – mam inne zainteresowania niż rówieśnicy, nie mam zdrowia, mam własne zdanie (nie zawsze słuszne) i przez różne naleciałości nie potrafię nawiązywać kontaktów z innymi ludźmi (potrafię tylko pisać; nawiązanie zwykłej, luźnej rozmowy przekracza moje siły, nie potrafię się zachować, popełniam gafy). System promuje ludzi posłusznych, pozbawionych wszelkich wartości i skrupułów, którzy dla zysku zrobią wszystko. Chcąc odnieść sukces trzeba się podlizywać, przytakiwać i niszczyć nawet najlepszego kumpla za lepszą ocenę. Jesteś inny – jesteś tępiony. System zrobi wszystko, aby cię zdeptać.

Próbowałem jakoś się wybić, ale nie udało się. Bo się nie da – nie masz układów, zostaniesz tylko dostarczycielem wiedzy i pomysłów, na których zarabiają inni. Bez odpowiedniego zaplecza, pieniędzy i układów jesteś nikim. Nie warto dążyć do celu, spełnienia marzeń, nie warto próbować poprawić swojego losu. Nie warto rozwijać własnych talentów oraz zainteresowań. Zmarnujecie sobie tylko życie. Lepiej być głupim, nieświadomym panujących mechanizmów, ślepo wierzącym w propagandę. Ludzie chcą być oszukiwani.

Nie odniosłem sukcesu, ale mój blog i moje słowniki są czytane od lat. Nie jestem też ideałem. Jak każdy. Pomimo braku sukcesu komercyjnego jestem dumny ze swoich dzieł, choć nie są idealne.

Dużo także zależy od sytuacji materialnej, domu, ludzi, których spotkasz na swojej drodze. Życie to nie model matematyczny.

Wiele osób krytykuje mnie za pesymizm, ale inaczej się żyje, kiedy od dzieciństwa masz wszystko zapewnione, masz zdrowie, otoczenie nie podcina ci skrzydeł. Niektórzy mają niewyobrażalnego pecha.

Co najgorsze, nie pozostanie po mnie żaden ślad. Cała moja twórczość wkrótce zniknie z internetu, a grób, o ile będę w ogóle miał, zostanie zniszczony po 20 latach, bo nie będzie nikogo, kto mógłby opłacić miejsce na kolejne 20 lat. Może pozostaną szkalujące mnie artykuły Czechów i ich polskich piesków sprzed dziesięciu lat, kiedy niszczyli mnie w odrażający sposób, a kiedy w sądzie okazało się, że sprawa wyglądała zupełnie inaczej, nie napisał już o tym nikt (a niektórzy sędziowie bardzo starali się mnie skazać, lecz moje dowody były niezbite).

Prawdopodobnie umrze też mój ojciec. Pomimo moich błagań nie zaszczepił się widząc, co ze mną zrobiła szczepionka. Nie jest antyszczepionkowcem, po prostu boi się i szczepionki, i koronawirusa. Załamał się psychicznie widząc moje cierpienie, więc wkrótce pewnie też dopadnie go jakieś paskudztwo, jeśli nie koronawirus, bo chociaż on uważa, wiele osób w jego otoczeniu nie wierzy w pandemię, przez co nawet nie zachowują podstawowych środków ostrożności. Cała rodzina zniknie, pamięć o nas wkrótce też się zatrze.

Napisałem ten artykuł również dlatego, aby niektórzy zrozumieli, że nie każdy „nierób i nieudacznik” to leń, pijak i oszust. Nie wszystkim się w życiu udaje, pomimo wytężonej pracy.

Gdybym mógł chociaż straszyć jako duch, ale duchy nie istnieją.

PODSUMOWANIE

Pisząc ten artykuł nie zamierzam żebrać o pieniądze. Chciałbym, żeby ktoś załatwił mi szybko zabieg na urologii w Chrzanowie i transport sanitarny, co pozwoliłoby uniknąć chemioterapii. Dla mnie to tym bardziej uciążliwe ze względu na kalectwo i chorobę układu pokarmowego, która bardzo zaostrzyła się przez stres. Kłopoty żołądkowe mam ponad 25 lat, obecnie z powodu stresu biegunka występuje po wszystkim, co zjem, co mogą wziąć za Covid.

Obecnie nie marzę o podróżach, majątku i wielu innych rzeczach. Marzę, żeby szybko pokonać raka, a później znaleźć sposób, aby pokonać kalectwo i móc chociaż wyjść na spacer oraz rozbudowywać przez kolejne lata fotodokumentację zmian w Oświęcimiu (po mojej śmierci archiwalne zdjęcia też się zmarnują). O sporcie nawet nie myślę. Tak niestety kończą pasjonaci. Niedocenieni, zapomniani, odchodzą w cierpieniu.

Pieniądze podobno szczęścia nie dają, ale są bardzo ważne w życiu. Gdybym był bogaty, nie musiałbym się wahać, czy wydać 720 złotych na rezonans.  Leczenie na NFZ to fikcja. Gdybym nie wykupił prywatnie rezonansu, termin miałbym dopiero po dwóch miesiącach i dwa tygodnie oczekiwania na opis. Zabieg byłby wtedy dopiero pod koniec grudnia lub w styczniu.  Biednemu zawsze wiatr w oczy.

Nekrolog

Tak się skończy moje nędzne życie

%d bloggers like this: